Ja i Kundalini

KundaliniArt / Bez kategorii / / 2 komentarze / 23 lubi
Ja i Kundalini

Moja duchowa ścieżka…

> Ja i Kundalini

Myślę, że dobrym wstępem do tego tematu może być zakładka „o mnie”, gdzie w bardzo metaforyczny sposób odniosłam się do przebudzenia Energii Kundalini. Ubierając to doświadczenie w słowa miękkie i delikatne, tak naprawdę próbowałam przykryć mocne i dramatyczne tąpniecie. Przeżyłam cały wachlarz doświadczeń tego procesu, przeszłam chyba przez wszystkie możliwe jego stany, w tle których grały cały czas ból psychiczny i cierpienie.
Przeszłam konfrontację z tym, co uśpione i nieuświadomione. Przyszło mi się zmierzyć samej z sobą, po którym to doświadczeniu zrozumiałam dopiero sens powiedzenia, że „nie należy bać się ludzi, a samego siebie…”

Cały proces rozpoczął się u mnie wiele lat temu. Teraz też wiem, że nieświadomie przygotowywałam się do tego latami. Jako typ samotnika i mistyka, który poszukuje zrozumienia sensu istnienia i źródła wiecznej tęsknoty, zawsze miałam dobry kontakt z Wyższym Ja. To ono oprowadzało mnie po życiu i podpowiadało, z czego korzystać, by móc wzrastać. Jako podkład pod duchowy wzrost otrzymywałam traumatyczne doświadczenia, które były pobudkami, gdy zasypiałam w swoich poszukiwaniach. Potrzebowałam ich na swojej drodze, tak jak roślina potrzebuje nawozu do wzrostu.

Nigdy jednak nie wplątywałam w swoją duchową drogę żadnej religii. I choć bliżej mi do buddyzmu, wolałam pozostać ‘religijnie nieokreślona’. Nie tworzyłam religii ze swoich doświadczeń ani z niej nie korzystałam doświadczając różnych rzeczy w życiu. Czy mi to pomogło? Myślę, że tak, bo jak się później okazało, mimo wszystko mamy w sobie zapisane całe pokłady religijnych lęków zapisywanych przez pokolenia, których sobie nie uświadamiamy, lub które zagłuszyliśmy codziennością. Ale o tym później.

>> Po drodze do Kundalini / Reiki, wegetarianizm, poszukiwania duchowe

W wieku 20 lat zaczęłam doświadczać spontanicznych wyjść z ciała. Były one odpowiedzią na dręczące mnie pytania dotyczące życia po śmierci, sensu istnienia. Zanim jednak dowiedziałam się co się ze mną dzieje i zanim poznałam, że zjawisko to nosi nawet nazwę ‘oobe’ – out of body experience, wpadłam w pułapkę lęków dotyczących mojego zdrowia. Bolesny proces oddzielania od ciała powodował, że bałam się każdego wyjścia, choć podróże astralne odkrywały przede mną tajemnice i pokazywały mi, że nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią.

Moja niespokojna dusza rodziła we mnie kolejne pytania. Mnożyły się wątpliwości, rozrastały się duchowe rozterki. Dlaczego właśnie ja doświadczam tych dziwnych zjawisk? Czy są one nagrodą, czy karą? Pytanie rodziło pytanie, a moje Wyższe Ja kombinowało, jak mnie poprowadzić przez życie, abym mogła poznać odpowiedzi na nurtujące mnie zagadnienia.

Czytałam, zgłębiałam wiedzę i szukałam wskazówek. Wiadomo, że wśród lektur zdarzały się i pseudo-poradniki, a wśród „mistrzów” – szarlatani. Potrafiłam jednak w tym wszystkim zachować pewną równowagę i nie przyjmowałam na ślepo treści ubranych w piękne słowa. Wyłuskiwałam z nich to, co w tamtej chwili było dla mnie najlepsze, prosząc jednocześnie, aby Stwórca dał mi możliwość oddzielić na drodze poznania, prawdę od fałszu.

W 2000 roku, płynąc z nurtem wskazówek podsyłanych przez życie, przeszłam dwustopniową inicjację Reiki oraz Reiki Tybetańskiego, u Iwony de Acosty. Od tej pory wykorzystywałam Reiki codziennie. Pracowałam z energią w każdej możliwej chwili. Mogę powiedzieć, że dzięki pracy z energią Reiki odzyskiwałam siebie, ale nadal jednak pozostawały ze mną tęsknota i smutek. Dotarło do mnie wówczas, że nie mogę od nich uciec, bo stanowią one część mnie. Są jak piegi na nosie… Od narodzin były moim szkieletem, na którym miałam zbudować swoją postać. Uznałam w końcu, że ze smutkiem i tęsknotą – moją refleksyjną towarzyszką, jest mi do twarzy. Postanowiłam tylko zdjąć z siebie energetyczne śmieci, wypłukać ze swojej przestrzeni to co niepotrzebne, pozbyć się ezoterycznego bełkotu informacyjnego, który zgromadziłam. W tym też mniej więcej czasie przeszłam na wegetarianizm, co uczyniło mnie jeszcze wrażliwszą. Niestety.

Szłam przez życie z tymi tobołkami doświadczeń i zbieranej latami wiedzy. Nie szło mi się lekko, bo ciągnęłam za sobą balast ze wspomnień i nieprzepracowanej, własnej historii. Upadałam – wstawałam, wstawałam – upadałam. Jedni nazwą to karmą, a dla mnie było to pobudką duszy. Taki budzik, który nie pozwalał mi zasnąć, dopóki nie dokończę pracy zaplanowanej na poziomie duszy.

Mijały lata, a ja przez życiowe wywrotki nabierałam co raz więcej dystansu do siebie, otoczenia, życia. Spuszczałam powietrze z ego, które przybierało coraz mniejsze rozmiary…

>> Kundalini / Przebudzenie

Po latach takich bardzo głębokich, wewnętrznych podróży przeplatanych życiowymi turbulencjami, nastąpił okres względnego spokoju, wyciszenia i stabilizacji. Ale jak się wkrótce okazało, była to cisza przed burzą. A raczej przed zbliżającym się tsunami, po którym nic już nie było takie same, bo przyszedł czas na poukładanie tych głębszych warstw, pod którymi kiełkowałam Nowa Ja…

Pomimo pozornego spokoju jaki we mnie gościł od dłuższego czasu, chodziłam każdego dnia jak lew w klatce. Czułam cała sobą, że nie tak powinno wyglądać życie. Że istnieje jego głębszy sens, i że tak jak każdy inny jestem jego częścią, tylko nie wiedzieć czemu nie potrafię przejść planszy na kolejny level. Miałam skrzydła, ale nie potrafiłam się wzbić. Byłam jak nielot z blokadami energetycznymi w czakrach, uniemożliwiającymi latanie. Zakopywałam się w sobie coraz głębiej i im bardziej wierzgałam szukając odpowiedzi, tym głębsze korytarze drążyłam w sobie. Szukałam, ale już nie w książkach, a w swoim wnętrzu.

I któregoś dnia, gdy utknęłam w połowie pisania mojej książki, poczułam jakbym trafiła na kamień blokujący przejście dalej – tak samo w książce, jak i w życiu. Stwierdziłam, że ja, Zosia Samosia, nie dam jednak rady przejść dalej sama i potrzebuję, by ktoś pomógł przeprowadzić mnie przez ten proces zrozumienia i poznania samej siebie. Gdybym żyła sto lat wcześniej zgłosiłabym się do Junga, ale wtedy musiałam poszukać kogoś, kto reprezentował jego wiedzę i miał podobne spojrzenie 🙂
Moje Wyższe Ja, po raz kolejny podało mi niewidzialną dłoń i poprowadziło przez planszę zwaną życiem. Nici zdarzeń zaprowadziły mnie na psychoterapię do bardzo mądrego, niezwykłego człowieka… Nazwę go lekarzem dusz, bo uleczył moją.

Wystarczyło jedno spotkanie, jedna rozmowa, by odblokować we mnie to co zastałe. Duży kawał pracy wykonałam wcześniej sama – wieloletni wegetarianizm, życie w czystości serca, detoksykacja starą, ayurwedyjską metodą, moje ciągłe poszukiwania siebie i jeszcze parę innych czynników spowodowały, że niewinna rozmowa z kimś, kogo wskazało moje Wyższe Ja, stała się początkiem mojej tygodniowej, bardzo szamańskiej podróży, podczas której spotkałam się ze swoim cieniem. Zamknięta pomiędzy światami toczyłam walkę, w trakcie której rozpuszczało się moje ego…

                                                >> Szamańska podróż

To jedno spotkanie, ta jedna energetyczna, ale magiczna rozmowa, odblokowała we mnie przepływ energii. Najwyraźniej właśnie to było brakującym ogniwem, bez którego nie mogłam dostać się do samej siebie. Udrożniły się we mnie kanały i wtedy z mojego wnętrza, jak z najpotężniejszego źródła, wybiło Światło. Tak, jakby jedna czakra zapalała się od drugiej, po czym nastąpił wybuch świetlistej energii. Wraz z nim pojawiło się wszechogarniające uczucie miłości, ambrozja, w której przyszło mi się zanurzyć. Poznałam energetycznego węża, który rozwinął się ze mnie. Wiedziałam, że to on stoi za przyczyną wybuchu pięknego Światła…
Wydarzenie to było niezwykle mistyczne, ale bałam się szaleństwa. Nie znałam wcześniej takich stanów. Nie jest to światło, które po prostu poczujesz przy medytacji. To jest Światło, które eksploduje w tobie nagle, powodując stan oszołomienia. To jest eksplozja energii, która już nigdy nie da o sobie zapomnieć. Zbierasz po tym myśli, zbierasz siebie, by zrozumieć co się stało. Ale nie da się tego objąć umysłem. Jest zbyt prosty w tym wszystkim, by to pojąć. To zdarzenie rozpoczęło moją prawdziwą, szamańską podróż…

Kolejny dzień od wybuchu Światła zderzyłam się sama ze sobą. Zaczął się dla mnie bardzo trudny proces. Już wcześniej zauważyłam, że zachodzą jakieś zmiany. Czułam każdą komórkę nerwową, dziwne, nieznane mojemu ciału zjawiska, potężne fale energii, które przechodziły przeze mnie – z dołu do góry i na powrót. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zaczął szwankować mój umysł… Zaczęłam, jak w hipnozie, cofać się do przeszłości. Nie były to zwykłe wspomnienia, które wiszą gdzieś w umyśle, i które można przywołać pamięcią… To był przeskok do czasu przeszłego, gdzie na nowo uczestniczyłam w wydarzeniach, ale już jako obserwator. Różnica polegała na tym, że ja jako obserwator weszłam w stan lęku małego dziecka, będąc dorosłą.

Uważam – z perspektywy czasu – że to był moment, w którym pootwierały się we mnie różne kanały, dzięki którym, a raczej przez które, wdarłam się do swojej przeszłości. Teraz wiem, że zdarzyło się to po to, by tę przeszłość, która rujnowała psychicznie moje życie – naprawić.
Momentem, który spowodował, że zawiesiłam się pomiędzy dwoma rzeczywistościami była chwila, kiedy usłyszałam głos mojej płaczącej matki i zobaczyłam flash back z dzieciństwa, kiedy wyrywa mnie, maleńką – z rąk ojca. Miałam jednak jeszcze na tyle świadomości, żeby zauważyć, że dzieje się ze mną coś nie tak…

Było to jak zdejmowanie kolejnych warstw cebuli. Mój umysł przeskakiwał z jednego wydarzenia na drugie, cofając się w przeszłość. Przechodziłam, jak w dniu świstaka, przez zdarzenia, które miały miejsce w moim życiu, i które stworzyły moje traumy. Teraz wiem, że Światło wypalało ze mnie wszystko, co zostało zapisane w mojej podświadomości jako mroczne i bolesne. Musiałam to przejść na powrót, by wymazać czarną energię. Niestety, wymazywanie wiązało się z tym, że te energetyczne opary kotłowały się długimi miesiącami w mojej przestrzeni…

Światło zapalało się we mnie w tym czasie kilka razy. I o ile pierwszy kontakt ze zjawiskiem zostawił cudowny smak w pamięci, o tyle kolejne wybuchy były podszyte już ogromnym lękiem. I nie wiem, czy przerażenie wynikało z tego, że przyjemność z zanurzania się w Świetle stała się nie do zniesienia, czy może spowodowała to pamięć, że od tego zaczęła się moja podróż w nieznane. A raczej w znane, ale wyparte, przerażające rejony wspomnień. 

Na podstawie tych tygodniowych wydarzeń można byłoby napisać scenariusz niesamowitego filmu. Przeżyłam tyle, że taniec ciemności byłby przy tym zwykłym pląsem, a piekło – miejscem wypoczynku duszy. Nie wiem, czy zjedzenie setki grzybów halucynogennych i złapanie po nich „bad trip’a”, byłoby w jakimś stopniu porównywalne z tym, co wtedy działo się ze mną. A był to tylko przedsmak tego, co miało się zdarzyć w kolejnych dniach mojej, nazwijmy to – szamańskiej podróży…

Miałam to szczęście, że mogłam przejść przez tę najgorszą część procesu, od początku do końca sama, bez „specjalistów”, choć mój stan umysłu, nie mogąc racjonalizować wszystkich zachodzących wtedy we mnie zjawisk, wołał o pomoc. A już zupełnie zgłupiał, gdy po wybuchu Światła doświadczyłam rozczłonkowania osobowości. To co działo się wcześniej było tylko preludium, do późniejszych zdarzeń. Ale o tym wkrótce…

cdn.

2 komentarze

  1. Klaudia  —  3 maja 2018 at 21:45

    wyboista droga…

    Odpowiedz
    • KundaliniArt  —  3 maja 2018 at 22:12

      Wyboista droga zwykle pilnuje, by prawidłowo wzrastać. Jest potrzebna jak nawóz dla roślin. Tak, ten nawóz może też spalić, dlatego trzeba robić wszystko, korzystać z różnych sposobów, by się z nadmiaru otrząsnąć.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz